RSS
sobota, 14 lutego 2009
"Smoczysko-Smoczydełko. Co znów nabroiłeś? Czy to słyszałem szklankę rozbijającą się na podłodze? Czy z łapami na kuchennym kontuarze szukałeś jakiegoś kąska, którego tam nie ma?"
 Tak mu mówię, gdy doprasza się pieszczot. A on merda radośnie ogonem, choć przy słowie "szklanka" patrzy w podłogę wzrokiem pełnym wyrzutów sumienia. Zaraz jednak znów wali mnie łbem w kolano, żądając dalszego głaskania i dobrych słów. Mówię mu więc "Smoczusiu, Smoczku kochany, pieseczku śliczny a łobuzowaty, będę za tobą bardzo tęsknił, ale spotkamy się Tam kiedyś, po Drugiej Stronie, gdzie sam - B-g będzie cię tulił do serca i bawił się twoimi kłapouchymi uszami, ty mój wilku-owczarku niewiadomej proweniencji. Jesteś bardzo wilkowaty, ale w twoje ojcostwo lub macierzyństwo wdały się też chyba jakieś geny owczarka szkockiego (collie), boś pięknie podpalany, no i te uszy oklapłe, mięciutkie jak aksamit. Głupolu ty mój miły! Przybyłeś do mnie jako Smokey, a teraz jesteś po prostu Smok, chyba że rozmawiam z tobą po angielsku. Wtedy mówię ci Smoke lub Smokey.To chyba jakiś instynkt. Kiedy ktoś rozmawia ze mną po polsku, dziwi mnie, gdy mówi "Mark", choć to teraz moje oficjalne, urzędowe imię. Podobnie, gdy w gronie polskojęzycznym ktoś zawoła "Mark" - wtedy potrafię nie usłyszeć swego imienia, ale z nazwiska jestem już całkowicie Parker. Gdy w pewnej polskojęzycznej gazecie jawi się coś podpisanego moim "kawalerskim" nazwiskiem, wpatruję się w nie lekko zdziwiony.

Ale, ale - to miałąo być o Smoku, nie o mnie. Pokazuję więc tu ciebie, moje Smoczydełko, w pełnej swej krasie i okazałości, aby znajomi i przyjaciele wiedzieli, o kim mowa:

Takie to jest to moje Smoczysko.Czy nie świetne?  Prawe oko ma dwukolorowe, brązowo-jasnoniebieskie. Ostatnio pożarł mi korniszona z talerza zostawionego samopas :) Ja, na szczęście, pożarłem wcześniej kanapkę. Kiedy wie, że coś zbroi, ma taką minę, jak poniżej na zdjęciu z prawej.

A teraz - kanapka i kanapa.



01:19, sandianm
Link Komentarze (3) »
czwartek, 12 lutego 2009

Adaś*

 

Dlaczego się rzuciłem na ciebie z pięściami,

Skoro nie było nigdy ni waśni, ni zdrady,

Która by wywołała wrogość między nami?

Dziś już wiem, że nie było na to żadnej rady.

 

Wiem, że to był czyn dziecka prześladowanego

Przez koszmary dzieciństwa, które do obłędu

Co dzień doprowadzały chłopca wrażliwego,

Co świadkiem był swej matki obłąkanych błędów.

 

Ta, która mnie z radości dzieciństwa odarła,

Zrabowała dzieciństwo jak podstępny złodziej,

Zostawiała samego, bym w koszmarze brodził.

W pył najpiękniejsze lata bezlitośnie starła.

 

Znęcała się nad słabszym, więc i ja słabszego

Obrałem za ofiarę niepohamowanej

Furii – gdy się, złoczyńca, rzuciłem na niego

Z pięściami, bo nie mogłem na los przeklinany.

 

I tak zabiłem przyjaźń, którą dziś wspominam –

Swą pierwszą i prawdziwą, więc i to wspomnienie

Dobiegając już kresu, ponownie przeklinam,

A ciebie mocno proszę dziś o wybaczenie.



* Adaś był moim przyjacielem w dzieciństwie. Przed wyemigrowaniem z Polski odszukałem go, żeby się pożegnać. Sam nie wiem, czemu.



00:27, sandianm
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 09 lutego 2009
Co widzieli Prorocy, patrząc w niebo nocne?

Czy ukrytą za gwiazdą twarz Stwórcy Wszechświata?

Czy w spadającej gwieździe poły Jego szaty?

Może byli świadkami Potęgi Wszechmocnej?


O czym myślał Abraham stojąc nad Icchakiem?

Czy modlił się o łaskę dla swojego syna?

Czy nóż unosząc w górę myślał: „Jużeś zginął”?

A może: „Daj mi, Panie, daj jakąś oznakę

Swojego miłosierdzia dla dziecka mojego!

Czyżby Twe okrucieństwo ponad miłosierdziem

Górowało? Wszak jesteś duchem, nie bezdusznym

Katem Swych ziemskich dzieci! Jam Tobie posłuszny,

Pragnę jednak, byś syna mojego ocalił

Nim się wraz z ostrzem noża śmierć na niego zwali!

Wybacz, gdy się zawaham z ostatecznym ciosem.

Mnie raczej poraź śmiercią, choćby i okrutną,

Jeśli cios ten powstrzymam, a słowem nie mruknę

Ni skargi przeciw Tobie. Pogodzę się z losem,

Lecz powstrzymaj mą rękę, a mnie unicestwij.

Niechże moje tu truchło będzie Ci - ofiarą.

Błagam Cię, nad chłopakiem z miłosierdziem westchnij!

Skończ z tym snem, co na jawie jest dziś moją marą.

... Cóż to? Baranek biały i nieskazitelny?! Skądże tutaj baranek w skalistej pustelni?

A gdzie Icchak? Ach, tam jest moje dziecko miłe!

Któż go trzyma pod rękę dodając mu siły?

Anioł – mówisz mi – anioł? Skądże tutaj anioł?”



„Czy myślałeś, Mój miły, że ja jestem kanią

Polującą na dzieci? To był sprawdzian tylko,

Wobec którego serca najsilniejsze milkną.

Sprawdzian okrutny – przyznam – lecz mi zawierzyłeś



Bo nawet bunt twój przeciw memu nakazowi

Też był wszak aktem wiary i twój chłopiec – zdrowy

I cały wyszedł z próby – tej próby ogniowej.
19:32, sandianm
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 06 marca 2008

Wspomniałem dziś gdzieś we wpisie na forum gazety.pl o Skamandrytach, co mi przypomniało pewną rozmowę w Warszawie z bardzo, bardzo młodym człowiekiem - jakimś 20-latkiem.- Nie pryszczatym - broń B-że - lecz tak ślicznym, że dech zapierał, poznanym internetowo. Skłoniło mnie to do następujących refleksji:


Bawiłem wtedy w Polsce, gdy wiosna wisiała
W powietrzu, więc i moje mile łaskotała.
Instynkty. Zaprosiłem, a stałem w Mariotcie,
Przystojnego młodziana, jakich w Polsce krocie.
A ponieważ człowiekiem dobrze wychowanym
Jestem, więc tę znajomość zacząłem pytaniem.
"A z poezji - powiadam - co najbardziej lubisz?"
"A! Z poezji! - on na to. - Lubię się zagubić
W tym, co uznam za lekką, lekką i przyjemną"
"Hmmmm, ja wolę poezję tę liryczną, ciemną
Grupę fin de si
ècle'ową; potem był Skamander."
Patrzy na mnie jak w obraz: "Teściową? Skafander?
Heavy metal? Rock? Blues? Jazz? Nigdy nie słyszałem!"
"Nie skafander, Skamander! - Mówię mu z zapałem -
Grupa znanych poetów zwanych ‘Skamandryci’."
Jak mnie nagle w ramiona smukłe nie pochwyci!
I całując mych nieco zwiędłych ust korale
szepcze do mnie gorąco "Nie słyszałem wcale..."
"Iwaszkiewicz, Wierzyński, Słonimski i Tuwim?"
"Tak, i owszem, ich znałem - on mi na to mówi.
Przecież to bardzo znani - ciągnie - polscy wieszcze
I dodaje - Mów do mnie, ach! mów do mnie jeszcze..."
"Hmmm, to Przerwa Tetmajer" - i czekam na słowo,
Co ma paść po tym 'jeszcze'.”'Za taką rozmową
Tęskniłem lata..." Chłopiec patrzy jakoś dziwnie
Wlepia we mnie swe oczy, jasne, dobre, piwne -
"Jaka przerwa?! Nie jestem zmęczony! Przeciwnie -
twoją mową właśnie rozpalony."
Więc mówię zamiast niego. "'Za taką rozmową
tęskniłem lata... Każde twoje słowo
słodkie w mem sercu wywołuje dreszcze -
mów do mnie jeszcze...

Mów do mnie jeszcze... ludzie nas nie słyszą
Słowa twe dziwnie poją i kołyszą,
Jak kwiatem, każdem słowem twem się pieszczę -
Mów do mnie jeszcze...'
kończę - to Tetmajer właśnie.
Powtórzę ci to zanim w mych objęciach zaśniesz."
"Trochę to archaiczne." "Tak wtedy mówiono."
I już chcę skoczyć za nim w ogień i w nim spłonąć
Za ten archaizm właśnie pragnę skoczyć w ogień.
I czekam, co też jeszcze chłopaczek mi powie,
Więc go pytam "A Asnyk?
On mi na to: "Ach tak! Smyk! Dawno smykiem byłem.
Po drzewach i po płotach z ferajną łaziłem.
Straszny byłem 'urwipłot'!" Słucham go i czuję,
Że mnie kolejnym słowem w sobie rozkochuje.
Taki wpływ mają na mnie przekręcane słowa,
Cały się staję sercem i nie wiem, gdzie głowa
Się podziewa, bo głową niebieskie przestworze
Podpieram i rozsądek na nic o tej porze.
Jak przysłowiowe cielę w oczy piwne patrzę
(Jasnego ich spojrzenia żaden zmrok nie zatrze)
I już po mnie. Ten uśmiech, co rozpędza słoty
Sprawia, że wnet dostaję rozumu idioty,
Co skacze głową naprzód i w odmętach tonie,
Gdy ciała dotykają czyjeś ciepłe dłonie.
Wcale mi nie przeszkadza to, co w sercu czuję.
Jeszcze raz na dobranoc wiersz mu deklamuję,
Aby nazajutrz wdychać woń, którą poducha -
Upojną - rozsiewała, kiedym mu do ucha
Szeptał słowa "Za taką tęskniłem rozmową..."
Ta poducha, co do snu kołysała głowy
Rozpalone słowami
Tej nocnej rozmowy
Rozmowy, jak to bywa, między Polakami.

Nigdy już nie ujrzałem jego jasnej twarzy,
A teraz co najwyżej mogę o nim marzyć
I pisać o nim wiersze - liryczne i smutne,
Więc chyba tutaj właśnie już swój wywód utnę
Bo wiem, wiem, że nic z niego
Nigdy nie wyniknie – przynajmniej nic dobrego,
Tylko smutna tęsknota, ale... nie chcę jeszcze
Rozstawać się z nim w myślach. I tak oto wieszczę:
"Mój ty miły, - to w myśli - mówże do mnie jeszcze,
Za naszą rozmową
Tęsknię już całe lata.
Każde twoje słowo
Toporem jest mi bardziej straszliwym od kata,
Gdyż wywołuje, jak wiesz, w sercu moim dreszcze
Niespełnione... Lecz mów mi, w upały i w deszcze...
Tu na pewno nas ludzie nigdy nie dosłyszą.
A słowa twoje dziwnie pieszczą i kołyszą.
I ja, w myślach, jak kwiatem, każdym słowem pieszczę
Twoje wargi i swoje." I tą parafrazą
Wierszowi zmilknąć każę
I otwieram ciszę.
Niech mnie głos twój w mych myślach do snu ukołysze...


Nowy Meksyk, 5 marca 2008
03:02, sandianm
Link Komentarze (3) »
wtorek, 04 marca 2008
Do poniższych przemyśleń skłonił mnie materiał gazety.pl zatytułowany "Władze Stąporkowa tropią lekarzy z aparatem"  i stwierdzający m.in. Wiceburmistrz Stąporkowa tropił medyków i robił im zdjęcia, bo uważa, że oszukują. Lekarze są oburzeni, choć przyznają, że według grafiku przyjmowali pacjentów równocześnie w dwóch miejscach. - Wszystko dla dobra pacjentów - przekonują obie strony.

Lekarze w Rozporkowie pracują jak za komunizmu i jak za komunizmu są śledzeni przez esbeka.

Jeśli NFZ stać na opłacanie podwójnych etatów - a najwyraźniej stać, to niech podniosą stawki, a lekarze niech pracują uczciwie zamiast doliczać czas dojazdu jako czas pracy. Niech to będzie częścią tej wielkiej reformy służby zdrowia. Powtarzam: niech ci, którzy ukończyli studia na koszt państwa, zwracają koszty jako pożyczkę (mogą to robić nawet po wyjeździe do innego kraju UE lub Ameryki, tak jak to robi ktoś, kto zaciąga dług na kupno domu w innym kraju) lub odpracują koszt studiów w przychodniach miejskich, powiatowych, wojewódzkich, które muszą być jednakowoż zarządzane z myślą o jak największym zysku, czyli każda powinna mieć indywidualny statut (przychodnie społeczne nie mogłyby odtrącać biedaków, ale mogłyby też przyjmować normalnie płacących pacjentów), a potem niech pracują w przychodniach prywatnych za krocie albo jadą za granicę już bez konieczności spłacania studiów.

Kary na oszustów

Nieuczciwych zaś do pierdla, albo jeszcze lepiej - odpracować przywłaszczone kwoty (wyrok w zawiasach, np. 5-10 lat, z czego 3-4 lata odpracować za państwowe stawki, a resztę zawiesić na rok-10 lat i w razie ponownego oszustwa w tym czasie delikwent musiałby automatycznie resztę wyroku odpracować), to i talent się nie zmarnuje, i lekarz poniesie dotkliwą karę finansową, i pacjenci będą zadowoleni; a że będzie się za eskulapami ciłągnął smród przez, dajmy na to, trzy czy cztery lata - nie szkodzi, będą bardzo uważać i nie dadzą się namówić żadnej przychodni na drugi etat w tych samych godzinach, co pierwszy. Jeśli tego rodzaju wyrok zapadnie w trybie polubownej umowy między państwem, lekarzem i sądem, owo zawieszenie może pozostać niejawne (tylko do wiadomości stron, sądu i i prokuratury), żeby lekarz nie musiał dźwigać tego ciężaru publicznie, gdyż mogłoby to poderwać zaufanie do niego, ale w czasie tych zawiasów musiałby się meldować, dajmy na to, co tydzień w prokuraturze i przedstawiać zaświadczenie, kiedy, za ile i w jakich godzinach pracuje, a jego dane trafiałyby do centralnej bazy danych, gdzie wszystkie płacone mu przez NFZ stawki za pośrednictwem szpitala, lub przychodni byłyby skorelowane z czasem pracy i automatycznie wychwytywane w razie nadużyć. Nie chodzi o to, żeby lekarza koniecznie zapuszkować, pozbawiając państwo i społeczeństwo cennego zawodowca, tylko żeby go wychować i żeby jego casus był przestrogą dla innych.

A kto nie chce się bogacić?

Wreszcie - nie powinno nikogo dziwić, że lekarz chce zarabiać jak najwięcej; przecież to nie grzech ani w ogóle nic nagannego z moralnego punktu widzenia. Czy nikt z nas nie rzucił pracy w jednym miejscu, by lepiej zarabiać w innym? Ja sam ponad 30 lat temu przeniosłem się ze stanu do stanu (400 km), żeby zarabiać o 20 tys. USD więcej rocznie, co z upływem czasu przerodziło się w pensję trzykrotnie wyższą niż pracownika poprzedniej instytucji na ekwiwalentnym, a nawet wyższym stanowisku. Wzbogacając się, wzbogacamy również kraj, a im bardziej się wzbogacamy, tym łatwiej jest nam dać z siebie coś za darmo; wiele amerykańskich prywatnych szpitali każe swoim lekarzom przepracować jeden dzień w tygodniu za niższą stawkę w bezpłatnych przychodniach, ale często już po spłaceniu pożyczek na studia - nierzadko pożyczek państwowych, administrowanych przez prywatne instytucje finansowe na statucie federalnym, czyli wtedy, kiedy lekarz osiągnie odpowiedni status i nie uderzy go to za bardzo po kieszeni. Wielu lekarzy woli otrzymywać pensję ryczałtową, choć szpital i przychodnia ściągają opłaty za każdą usługę, gdyż lekarz nie musi się wtedy martwić o zapłacenie prywatnego ubezpieczenia od błędów w sztuce lekarskiej. Oto przykładowo roczne stawki za ubezpieczenie od błędu w sztuce lekarskiej:

$75.155 Wirginia Zach. (2001)
$41.661 Kentucky (2001)
$209.000(!) płd. Floryda (2002)

wzrost stawek na przestrzeni
2001->2002
interniści o 69%
chirurdzy ogólni o 89%
Lekarze porzucają praktykę, przerzucają się na specjalizację w kierunkach o tańszym ubezpieczeniu, wyjeżdżają do innego stanu, a szpitale nie mogą się doszukać następców, np. neurochirurga, choć oferują $100 tys. premii za podpisanie kontraktu, chyba że płacą składki zamiast lekarza. Wielu lekarzy przerzuca się na robotę papierkową, np. oceniają, jakim zabiegiem można, a jakim nie można obciążyć ubezpieczyciela. „Przez całe życie – mówi jeden z nich – co drugą noc byłem pod telefonem, który stał się okrutnym urządzeniem. Co drugą noc wyrywał mnie ze snu albo dzwonek telefonu, albo strach, czy jakiś mój pacjent nie ma komplikacji pooperacyjnych i nie będzie mnie skarżył. Teraz śpię jak niewinne dziecię.”
Lekarze i ubezpieczyciele winią za ten stan rzeczy wysokie odszkodowania wypłacane pacjentom oraz chciwość ubezpieczycieli. Pacjenci zaś winią głównie ubezpieczycieli, ale i lekarzy, którzy chcą jak najwięcej zarobić, więc spędzają coraz mniej czasu z pacjentami - i stąd błędy w sztuce. I rzeczywiście - lekarze z ryczałtową pensją coraz mniej uważnie słuchają pacjentów i udzielają stereotypowych porad, bo szpital/przychodnia wyznacza dziennie minimum pacjentów, których lekarz musi za te pieniądze obejrzeć. O ile kiedyś można było pogadać z lekarzem z pół godziny, o tyle teraz wizyta trwa niecałe 15 minut razem z badaniem, wypisaniem recept i skierowań do specjalistów.

I to ma być modelowa służba zdrowia?

Rzekomo najlepsza na świecie, bo amerykańska - chachacha!
Tak, prawdą jest, że do szpitala nie trzeba wieźć ze sobą papieru toaletowego ani dawać pielęgniarce w łapę za zastrzyk, bo za każdy płaci się osobno. W detalu za osiem dolarów można kupić opakowanie 350 tabletek aspiryny; w szpitalu tyle kosztuje jedna tabletka, bo dochodzi polecenie lekarza, podanie tabletek i pilnowanie, żeby pacjentowi nie zaszkodziły (np. pacjentowi na rozrzedzaczu krwi), ale pacjent ma za to dwuosobową (maksimum) salkę, natychmiastowe przyjęcie do szpitala oraz całą aparaturę diagnostyczną,
a nie spanie na korytarzu, smród, brud i ubóstwo i pielęgniarki w brudnych, podartych fartuchach, a i tak 90 tys. pacjentów rocznie nabawia się w amerykańskich szpitalach zakażenia.

O co więc mi chodzi?

Moje sugestie dotyczące polskiej służby zdrowia nie oznaczają więc przejęcia w całości modelu amerykańskiego razem z niebotycznymi stawkami za ubezpieczenie zdrowotne (państwo płaci tylko za emerytów, którzy przez całe życie zawodowe płacą , inwalidów i biedaków - tych ostatnich za pośrednictwem stanowych kas chorych, co oznacza, że dofinansowuje je stan). Pracownik sektora prywatnego płaci 6.2% pensji jako składkę za federalne ubezpieczenie emerytalne i 1.45% pensji jako składkę za federalne ubezpieczenie medyczne na starość i w razie iwalidztwa. Ponieważ pracodawca dopłaca do tej stawki, ogółem składki wynoszą 12.4% pensji na emerytury i inwalidztwo oraz 2.9% pensji za ubezpieczenie medyczne. (Ludzie pracujący jako własne firmy płacą całość i ciut więcej, czyli 15.3% zarobków, z czego część mogą sobie odliczać od podatków). Nadużycia w postaci obciążania federalnego ubezpieczyciela rachunkami za niewykonane usługi medyczne lub podwójnymi rachunkami za tę samą procedurę są ścigane i surowo karane.

Czy jest to system idealny?

Nie, ale w połączeniu z niektórymi elementami wartościowszych systemów europejskich może się stać modelem dla Polski - po co wymyślać koło od nowa, prawda? Przedstawiłem tu tylko ogólne zarysy opieki zdrowotnej w USA. Ja np., choć otrzymuję świadczenia federalne z uwagi na niepełnosprawność fizyczną, muszę i tak płacić za dodatkowy plan ubezpieczeniowy, prywatny, pokrywający tę część kosztów, których nie pokrywają świadczenia federalne. Tych 20 procent kosztów to niby niewiele, ale kedy rachunek za szpital wynosi 200-300 tys. dolarów, robi się z tego aż 40-60 tysięcy, a na to nie byłoby mnie stać. Miesięczny kosz dializy wynosi ok. 10 tys. dol., więc dopłata wynosiłaby ok. dwóch tys. dol., w skali rocznej 24 tys., więc też bym zbankrutował, gdyby nie ubezpieczenie prywatne. No a poza tym wizyty u lekarza, lekarstwa i inne zabiegi ambulatoryjne - oj wej!
--
Codziennie dziękuję B-gu, że nie stworzył mnie heterykiem :)
Widziane z Gór Arbuzowych

17:54, sandianm
Link Komentarze (2) »
środa, 23 stycznia 2008
Tygodnik Powszechny przynosi wiadomość o tym, że wybitny teolog, prof. Tomasz Węcławski odszedł nie tylko od kapłaństwa, ale i od Kościoła powszechnego. Zadawał bowiem niewygodne pytania o boskość Jezusa i najwyraźniej sumienie nie pozwoliło mu pogodzić się z otrzymanymi odpowiedziami.Wiadomość ta wywołała gorącą dyskusję w portalu Tygodnika i w portalu gazeta.pl. Nie muszę tu chyba relacjonować konkretnych wpisów, żeby Czytelnik miał pojęcie, jak przebiega granica między uczestnikami dyskusji.
Rozgniewała mnie jednak następująca wypowiedź
"
To jest właśnie efekt zasady "róbta co chceta", tak promowanej przez ten szmatławiec Obłudnik Powszechny i jego głównych ideologów - wybitnych przedstawicieli V kolumny w Polskim Kościele Katolickim, takich "fachmanów" jak Żydziński, Boniecki, Gocławski, kapciowy, Pieronek, Sowa, Więcławski, Obirek ..."
I to na  tę wypowiedź odpowiedziałem poniższymi słowy:

Azaliż nie był B-g pierwszym, który obdarzając człowieka wolną wolą zdawał się rzec róbta, co chceta? Sądzę, że Twoje rozumienie tych słów odbiega od ich pierwotnego i wciąż żywego dla mnie znaczenia, mianowicie bądźcie, kim i czym chcecie, nie ograniczajcie się do narzuconych wam ról, sięgajcie po gwiazdy, bądźcie wierni własnemu sumieniu. Każda próba zmiany interpretacji tych słów i narzucenia ich innego znaczenia przypomina mi próby spętania kaftanem bezpieczeństwa radzieckich opozycjonistów przez ustrój, który wymagał uniformizacji myślenia. Ze Kościół katolicki ma taki właśnie ustrój niedopuszczający świeżego spojrzenia na wiarę i religię - to jest potworna tragedia tej instytucji. Inne wyznania chrześcijańskie, ba - nawet judaizm - ewoluują w kierunku współczesnego spojrzenia na wiarę i religię, a więc uwzględnienia tych czynników, o których pierwsi żydzi i pierwsi chrześcijanie nie mieli pojęcia. Czy Mojżesz, schodząc z Synaju po rozmowie z B-giem, przeczuwał, że Żydzi staną się B-żymi posłannikami w świecie - niechby to nawet byli ci pierwsi żydowscy chrześcijanie? Zapewne nie, ale widać po doświadczeniach Żydów w ziemi niewoli egipskiej B-g przewidział dla swego ludu umiłowanego takie Prawo, które wzmacniało ich jedność i utrwalało wiarę w obliczu bałwochwalczych kultów. "Szma Israel!", "Słuchaj, Izraelu!", rzekł B-g, powierzając Żydom opiekę nad zawartym z nimi Przymierzem i Zydzi do dziś stoją troskliwie na straży Przymierza, ale poprzez judaizm reformowany ofiarują to Przymierze każdemu Żydowi, nie tylko wybranej garstce ortodoksów. Różni rabini mogą różnie do tego podchodzić, ale jedno nie ulega wątpliwości, to mianowicie, że judaizm został przewietrzony, podobnie jak wiele wyznań chrześcijańskich. Zaszło w nich zjawisko, którego częściowym i ograniczonym odpowiednikiem był Sobór Watykański II. Szkoda, że Vaticanum II nie znalazło kontynuacji i że Kościół zasklepił się w sobie, a do niektórych jego polskich "filii", np. toruńskiej, ale też i prymasowskiej, reforma w ogóle nie dotarła. Dlatego ważne jest stawianie pytań o sposób posługiwania współczesnemu ludowi B-żemu i postrzegania kamienia węgielnego Kościoła, czyli Jezusa. Kościół nie jest na to, niestety, gotów, ponieważ powoduje nim lęk przed ujawnieniem, że boskość tej postaci opiera się na szalbierstwie - przyznaniu Jezusowi atrybutów, których Tora nie przewiduje dla mesjasza, i pomijaniu milczeniem tych, które musi posiadać, a których nie ma - a więc sprowadzenia powszechnego pokoju na świecie i zgromadzenia wszystkich żydów w Izraelu. Dla mnie tymi "wszystkimi żydami" nie muszą być koniecznie tylko i wyłącznie Żydzi etniczni i wyznaniowi, lecz wszyscy, którzy żyją zgodnie z Prawem, a podłożem prawa nie jest tylko "Adonaj Elohejnu, Adonaj echad", czyli Pan jest naszym B-giem, Pan jest jeden, ale także pryncypium miłości bliźniego, podobnej do tej, którą B-g otoczył ludzkość. Jezus nie spełnia kryteriów bycia mesjaszem, więc nie może być mesjaszem z punktu widzenia Tory, czyli pism będących punktem wyjścia dla chrześcijaństwa. Nie można bowiem wymyślać sobie, ot, tak, jakichś nowych, ograniczonych przymiotów mesjasza, o których B-g sam nie miał nic do powiedzenia, a własne przedstawił dość jasno. Nie trzeba się lękać nowego spojrzenia na Jezusa, jeśli wierzy się w siłę i potęgę B-ga Zywego, a więc tego YHW, od którego wszystko się zaczęło i który do nas codziennie przemawia za pośrednictwem swego Stworzenia. Radujcie się - zdaje się mówić - radujcie się światem i życiem, bom wam stworzył tyle różnorodnych pociech dla oka i ducha. Pochylcie się chwilę nad kwiatem polnym, prześledźcie lot motyla, zachwyćcie się wzorem szronu na szybie - Oto jestem Ja, Wszechmogący, który daje wam pociechę w najtrudniejszych chwilach. Czerpcie z niej pełną garścią! Słuchajcie mojej nauki, a będzie wam dana radość, jakiej byście bez niej nie zaznali. Nie lękajcie się! Jesteście moimi dziećmi, bo Ja w was tchnąłem życie i oblokłem je w ciało. Wasze dusze są czyste, bo pierwej mieszkały w moich ogrodach i do moich ogrodów powrócą. Nie lękajcie się!!! Jam jest waszym Pasterzem, wiodę was po właściwych ścieżkach, Mój kij i Moja laska są tym, co was pociesza. I tym, co nas broni w chwili niepewności. Nie lękajcie się więc spojrzeć od nowa na Jezusa i jego... człowieczeństwo.
19:04, sandianm
Link Komentarze (1) »
niedziela, 20 stycznia 2008
Zacznijmy od tego, czego światu nie może zaoferować. Nie może zaoferować żadnych przełomowych osiągnięć z dziedziny biogenetyki, bo nie wolno się babrać w tych sprawach. Tak orzekli polscy katomułłowie, więc koniec, szlus. Prawo musi się podporządkować klechom, bo tak już jest w Polsce i koniec. Klechom, nie wystarczył widok trzęsącego się,. a ponoć i umiłowanego Wojtyły, który zapadł na chorobę Parkinsona. Cóż to znaczy, że biogenetyka może się okazać skuteczna w walce z tą chorobą? My, Polacy wiemy lepiej i nikt nam nie wmówi, że białe jest białe, a czarne i brunatne rządzi Polską jak własnym folwarkiem. My, czyli 99,9% polskiego narodubędącego w takiej właśnie części katolickim. Nic to, że ów mit 99,9% został już dawno obalony. Nam, polskim patriotom, nikt tego nie wmówi, tak jak nie wmówi, że tow. Wielgus kolaborował z komunistami, a Kirchefuehrer Wyszyński i Unterkirchefuehrer Kaczmarek sprzyjali Hitlerowi, przy czym Kaczmarek również wtedy, kiedy wojna już trwała i Niemcy nie tylko wyrzynali Zydów, tak niemiłych  temu klesze, ale zabrali się i za nieżydowskich Polaków. Sądzony po wojnie za kolaborację, obwieścił, że mściła się na nim "żydokomuna", ale nawet jeśli tak było, to zapomniał dodać, za co. Zapomniał, że kiedy hitlerowcy uwozili Zydów do komór gazowych w bydlęcych wagonach, zbydlęcenie katolickiego kleru wyższej rangi sięgało zenitu - od apeli o wspieranie hitlerowców i niezaciąganie się do partyzantki po nawoływanie do podpisywania Volkslisty. Polaka jednak nikt o tym nie przekona, bo każdy, kto coś takiego głosi, to pewnikiem i mason, i Zyd, a już nie ulega najmniejszej wątpliwości, że komuch na usługach Moskwy lub jakiegoś centrum homoseksualnego.
Polak nigdy nie wypędził z Polski innewgo Polaka, np. niemieckiego pochodzenia i nie zagrabił jego mienia. Polak w swej chrześcijańskiej dobroci po prostu umożliwiał takiemu Niemcowi udającemu Polaka powrót na ziemie starogermańskie, a Łemkowi "do Azji".
Czyż nie było szlachetnym gestem Polaka, że tak intensywnie troszczył się o Zyda jeszcze do końca lat 60. i umożliwił mu wyjazd do Izraela? A ten taki owaki wolał pojechać do Ameryki i teraz domaga się stamtąd odszkodowania za swoje mienie. Jakie "swoje mienie"? Przecież nie swoje, tylko porzucone na pastwę losu! To co, Polak miał dopuścić do tego, żeby niszczało? Polak w swej wielkoduszności zajął się ty mieniem i korzystał zeń dla dobra Ojczyzny, a nie jakiegoś tam Jankiela, co się włóczy po świecie i zresztą dawno nie żyje. Ze jego dzieci mają jakieś pretwensje? Wnuki? Jak śmieją? Gdyby
się był Hitler zakręcił, taki problem dziś by nie istniał. Polak nie jest nic winien Zydowi, bo Zyd przylazł do Polski z sowieckimi bagnetami i wyplenił polską inteligencję, żeby sobie właśnie w Polsce stworzyć swoją dzierżawę, czego dowodem żądanie 66 miliardów "HARACZU". Dobrze, że nie euro, bo dolar niżej stoi. A Polak, dziedzic chlubnej tradycji "Sprawiedliwych wśród Narodów Swiata", nie poczuwa się do schedy po endekach, co to Zydów z pałką w ręce ganiali, ani do szmalcowników, którzy brali od Zydów złoto za przechowanie i wydawali ich Niemcom. Polak nie przyzna się też, że jest właścicielem mieszkania, które rodzice zajęli "bo co miało stać puste", nie przyzna się, że robi na gospodarce, którą rodzice-hieny cmentarne, sprawili sobie za kosztowności wydarte trupom żydowskim.
Tak więc prawdziwy, katolicki Polak nie da światu uczciwego podręcznika historii własnego kraju, lecz podręcznik historii politycznej z imprimatur pewnego muchomora.
Co więc geniusz polski da światu?
Ow podręcznik pełen zakłamania, przesądy, różaniec i krzyżyk. Swiat odwdzięczy się Polakowi pięknym za nadobne. Też da mu krzyżyk - na drogę do śmierdzącej dziury kloacznej nad Wisłą.
A co świat tak naprawdę zyska dzięki polskiemu geniuszowi? Wybitnych lekarzy prześladowanych we własnym kraju, wykształconą, rzutką młodzież, która w ojczyźnie pozbawiona jest perspektyw, zwykłych, szeregowych robotników pozbawionych w ojczyźnie godziwych zarobków, ludzi kultury, którym w ojczyźnie ktoś wiecznie zagląda pod kołdrę, normalnie myślących Polaków o szerszych horyzontach niż ściany chlewu.
I tak polski geniusz zostanie w Polsce sam, będzie się mógł sam rządzić jak tylko zechce i zamawiać po pięć piw. Polska nie będzie światu potrzebna, bo Polska znajdzie się w świecie za sprawą swoich obywateli. Nagle okaże się, że to, co zostało w Polsce, to tylko 0,1% narodu i na "porzucone" mienie znajdą się inni chętni, tyle że z polskością nie będą mieli nic wspólnego.
01:11, sandianm
Link Komentarze (1) »
niedziela, 16 grudnia 2007
Sytuacja na Bliskim Wschodzie jest tak napięta, że może w każdej chwili trzasnąć - zwłaszcza jeśli Iran zdecyduje się zaatakować Izrael, a obłąkani mułłowie nie byliby ponad to; polscy żołnierze znaleźliby się wówczas w potrzasku bez pola manewru. Jeśli szlachetnie wraz z Amerykanami będą bronili
izraela, to już dziś trzeba więcej wiedzieć na temat takiej akcji. Taka operacja musi być zaplanowana  taktycznie i strategicznie. Celem taktycznym byłoby powstrzymanie Iranu i innych państw muzułmańskich, które mogą dołączyć do irańskiej awantury; celem strategicznym zaś - uzyskanie warunków, w których można by wycofać polskie wojska z Bliskiego Wschodu po ustabilizowaniu sytuacji i permanentnym pokonaniu Iranu - tak jak Alianci permanentnie pokonali hitlerowskie Niemcy. Granicą stacjonowania amerykańskich wojsk taktycznych w Niemczech okazał się upadek komunizmu i zjednoczenie Niemiec, ale czekanie na to trwało 50 lat. Polska musi sobie zadać pytanie, czy stać ją finansowo i moralnie na wspieranie misji wojskowej na Bliskim Wschodzie przez najbliższe 50 lat, a może i dłużej. Różnica między Iranem a Niemcami polega na tym, że Niemcy pragnęli pokoju i spokoju, podczas gdy Irańczycy i inni muzułmanie w każdej wojnie wietrzą okazję do zadawania Izraelowi i EUROPIE dotkliwych ciosów. Polska nie uniknie przy tym losu Hiszpanii i Anglii, atakowanych przez terrorystów.
Nawet stary Bush uprzedzał młodszego, że amerykańska interwencja w Iraku pociągnie za sobą wojnę domową. I jakkolwiek szlachetne było obalenie krwawego reżimu Sadama z punktu widzenia represjonowanych Irakijczyków i Kurdów, okazało się, że spora część irackiego sdpołeczeństwa nie widzi tego w kategoriach błogosławieństwa, lecz zwyczajnej okupacji, z którą walka daje im pretekst do próby przechwycenia władzy. Bo nie czarujmy się - iracka wojna domowa to nie batalia o ideały, tylko o władzę i wpływy. Islamofaszystom obojętne jest, ilu w tej wojnie zginie ich pobratymców i żołnierzy wojsk stabilizacyjnych, w tym Polaków. Stanom Zjednoczonym nie udało się osiągnąć swoich celów w Iraku z kilku powodów - przeliczyły się co do demokratycznych tendencji w irackim społeczeństwie i zmęczenia Sadamem. Nie mogły zadać irackim wojskom tak dotkliwego ciosu, jak Alianci Niemcom, ponieważ dziś nie uchodzą naloty dywanowe i inne metody wojny masowej, gdyż świat i jego poczucie moralności uległy zmianie od czasów II wojny światowej. Skoro nie jest możliwa destrukcja totalna, a przy okazji zniszczenie również własnych sojuszników, pozostaje wojna z niedobitkami prowadzącymi akcje partyzanckie.  W Polsce i Francji okresu II wojny światowej Niemcy mogli je przetrwać, ponieważ w odpowiedzi stosowały represje obejmujące całe społeczności lokalne. Ale już w Afganistanie, który był wszak areną wojny sowiecko-amerykańskiej, Sowietom nie szło tak łatwo. Mudżahedinom łatqwiej było o broń przerzucaną przez Kandahar niż polskiemu i francuskiemu podziemiu, które mogło jedynie liczyć na niecelne zrzuty z powietrza. Irackie podziemie zbrojone przez wrogów stabilizacji jest równie groźne, co swego czasu afgańskie i ani Amerykanom, ani Polakom nie stareczy woli politycznej, by się dać wykrwawiać w imię nieosiągalnych celów. To dlatego republikanie przegrali ostatnie wybory parlamentarne w USA - przez brak strategii wyjścia z Iraku. Dodajmy do tego teraz Iran i całkowitą amoralność jego przywódców, gotowych rzucić na szalę życie całego narodu, albowiem trzeba sobie zdawać sprawę z tego, że w razie irańskiego ataku Izrael nie będzie szczędził sił, by Iran powstrzymać raz na zawsze, a ma do tego odpowiednie środki. I wyobraźmy sobie te polskie oddziały w potrzasku między lokalnymi potęgami. Co innego, jeśli znajdą się tam w wyniku zaplanowanej operacji i będą w stanie uczestniczyć w walkach w ramach planów skoordynowanych z wojskami międzynarodowymi, mając na uwadze konkretny cel i drogi opuszczenia terenów objętych pożogą wojenną, a co innego znaleźć się tam w chwili totalnego chaosu, gdy nie będą miały żadnego militarnego znaczenia poza rolą kozłów ofiarnych złożonych na ołtarzu zawirowań historycznych Polski nie dotyczących bezpośrednio. Prezes PiSu i prezydent Polski uważają, że wycofanie wojsk nie przyniosłoby Polsce żadnych korzyści. Niechże więc wskażą, jakie korzyści Polska czerpie obecnie. Czyżby miała dostęp do tańszej ropy? Nie - dalej użera się o ropę z Rosją. Czyżby miała jakieś fory w handlu z Ameryką? Też nie. Nie potrafi nawet uzyskać od Ameryki ustępstw w ruchu bezwizowym, a sama jest dla amerykańskich inwestorów coraz mniej atrakcyjna z powodu własnych nieodpowiedzialnych polityków, którzy przez minione dwa lata robili wszystko, żeby odstręczyć zagraniczny kapitał, a to grożąc renacjonalizacją przemysłu, a to głosząc ksenofobiczne hasła godne raczej średniowiecznej twierdzy niż nowoczesnego uczestnika globalnych działań gospodarczych i politycznych. Poparcie amerykańskiej interwencji w Iraku było wyrazem wdzięczności za przyjęcie Polski do NATO. Tutaj spotkały się interesy SLD i późniejszego PiSu, choć wówczas najbliżsi PiSowi ideowo ludzie - np. Marian Piłka z ZChN-u, głosili sprzeciw wobec udziału polskich wojsk w operacji irackiej. Byłem akurat w Polsce, kiedy zaczęła się interwencja. Pamiętam jak dziś spotkanie w Sejmie z Jaskiernią i Piłką, kiedy ten pierwszy przedstawiał zalety udziału Polski w tej misji, a ten drugi ostro to krytykował. Cóż takiego zmieniło się od tego czasu, że dawni izolacjoniści zrobili się nagle gorącymi orędownikami misji irackiej? Jakież to postępy zanotowano na Bliskim Wschodzie? Wygląda na to, że PiS-owi zależy jedynie na tym, żeby robić obecnemu rządowi na złość. Tyle że nie dochodzi przy tym jedynie do zniszczenia zabawek w piaskownicy, lecz do przelewania polskiej krwi. Tu polskich i islamskich faszystów łączy jedno - pogarda dla ludzkiego życia. Łatwiej jest bowiem dekretami walczyć o "życie poczęte" nie będąc samemu w ciąży (chyba że Jarosław pokonał tę drobną trudność) i przyglądać się wojnie prowadzonej cudzymi rękami niż samemu wziąć karabin do ręki i wyruszyć na front. Nie było Kaczyńskich przy walce z komuną, nie ma ich też na froncie w Iraku i na pewno nie będzie na froncie walki z Iranem. Ale tchórzom łatwo jest gardłować znad kawiarnianego stolika i z kanapy w salonie mamusi niż zaryzykować gardłem.
Cokolwiek myśleć o Radku Sikorskim - jednego nie można mu odmówić - odwagi, z jaką patrzył w oczy sowieckim okupantom w Afganistanie. PiSowcy powinni tym bardziej wsłuchiwać się w głos rządu, którego Sikorski jest członkiem - jedynym z doświadczeniem nabytym w walce, a nie na kursach marksizmu-leninizmu i socjalistycznych stosunków pracy. Głos Tuska jest głosem rozsądku, którego zawsze brakowało kanapowym politykierom lubiącym robić komuś na złość. Niesforny Dyzio Kaczyński już po raz drugi od czasów Wałęsy został odsunięty od władzy, a jego figurant w Pałacu Namiestnikowskim na Krakowskim Przedmieściu powinien uważniej przysłuchiwać się postulatom płynącym z siedziby URM-u wAlejach Ujazdowskich, skąd dotychczasowy lokator został wykopany przez większość Polaków.
--
Codziennie dziękuję B-gu, że nie stworzył mnie heterykiem :)
 
20:20, sandianm
Link Komentarze (1) »
środa, 05 grudnia 2007

Przyszedł dziś do mnie Stary Baum
We śnie, o samym świcie,
Mówiąc:„Niektórzy w Lebensraum,
A inni wierzą w życie.

Jak szybko mija pierwszych czas,
A drudzy za to giną,
Za pierwszych wiarę, Kiedy w las
Prowadzą ich doliną,

A tam już czeka Babi Jar
I butna twarz zbrodniarza
Czy to wciąż czuć wrześniowy żar,
Czy krew wre na ołtarzach?

Ołtarzy nie budował nikt.
Ziemię w przedśmiertnych drgawkach
Kopał nerwowo mały smyk
A obok jego matka.

Czemuś powstrzymał rękę, co
Ofiarę z Izaaka
Chciała uczynić? A dziś – kto
Powstrzyma rękę kata?

Powiedz, kto wstrzyma zbrojną dłoń
W karabin i pistolet,
Nim kula strzaska jasną skroń
W lesie za chłopskim polem?”

„Nie wiem – Głos odparł mu we śnie.
Ja nie znam odpowiedzi.
Dlaczego pytasz o to Mnie?
Zapytaj tej gawiedzi.

Zapytaj, którzy sieją zło
Frymarcząc Mym Imieniem.
Oni już dobrze wiedzą, kto
Ocalić może Ziemię.

Ich jazgot coraz głośniej brzmi,
Gdy ktoś im jasno powie –
„Nie czyńcie zła!” Bo tylko ty
Wstrzymasz ich dłoń. Ty – człowiek.

Boją się ciebie więc i chcą
Zagłuszyć twe wołanie.
Bo dla nich niegodziwość – grą,
Więc krzyknij „STOP!” miast „Panie!”

Wyrwij im Ziemię z wrogich rąk,
Niechaj nie spłynie jadem.
Wszak gdyś był jeszcze mały bąk,
Dałem ci imię Adam.*


* adam – hebr. człowiek – ma ten sam źródłosłów (אדם), co adama – ziemia.

04:34, sandianm
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6